no i zostaliśmy wszyscy wraz zasypani pod zwałami
śniegu padającego z różnym natężeniem z całej masy burych chmur
górujących nad nami :)
na chodnikach zaspy, trzeba przecierać
szlaki, na ulicach breja nieokreślonego koloru i zastosowania... i w
to wszystko z rana zostałam brutalnie wyrwana ze snu. Od razu i w
zupełności zatonęłam w realiach zimowych...
a taki ranek
przeznaczony jest li tylko i wyłącznie do tego żeby wysunąć nos spod
kołdry i wsunąć go spowrotem z zadowolonym mruknięciem "nie muszę
nigdzie dziś iść..." :) no ew. można wstać i entuzjastycznie ulepić
na tarasie bałwana, albo porzucać się śnieżkami i zjechać na butach
z górki no i oczywiście wrócić później do domu w poczuciu
spełnionego zimowego obowiązku, wypić gorącą herbatkę z sokiem z
malin... posiedzieć przytuliwszy się do kaloryfera i zamyślić się
bezmyślnie nad czymkolwiek filozoficznym...
a nie zrywać się
rano, przepuszczać środki komunikacji miejskiej, które i tak nie
mieszczą już nawet myszy, zatrzymują się na przystankach tylko po to
żeby sfrustowanych ludzi jeszcze bardziej dobić... - nikt nie
wsiada, nikt nie wysiada... no i tyle, jak w końcu uda się dopchać
do środka, pozostaje radosne wleczenie się w sznurku samochodów -
żółw chyba szybciej spacerkiem chodzi.
I jakim to sposobem
zdążyć można na 8 do pracy?
swoją drogą zima jak zwykle
zaskoczyła drogowców :)




