Zielona Remi Sta¶ Gabrysia
BlogAlbum rodzinnyDziennik budowyPortfolioKontakt

Blog

Pora na Śmierć ...

23.11.2001 08:20 :: zielona-wiedźma
Podeszła do okna i zapatrzyła się w nieskończoność, rozpościerającą się poza zaparowanymi szybami...
"To jest mój dzień ! " - pomyślała odwracając się od okna.
"Dzień na śmierć - równie dobry jak każdy inny "
i zasnęła na fotelu, tuląc do piersi swoje nienarodzone jeszcze niemowlę .

Po skrzypiących ze starości schodach krok za krokiem przesuwało się przeznaczenie...
" Stopa uniesiona w górę, wysunięta do przodu lekko, coraz więcej...delikatne położenie jej na następnym stopniu...
Czemu nie mogę umrzeć? Przestać istnieć? Moje ciało jest już tak stare że każdego dnia wydaje mi się, że już starsze nie może być... a jednak każdego następnego dnia budzę się jeszcze starsze, i bardziej niechciane...
zanurzone w coraz większym bezsensie swojego powolnego umierania...
Czekanie...wieczne wypatrywanie kresu.”

Obudziła się na moment tylko po to, by usłyszeć kroki Przeznaczenia
mieszkającego tuż obok, za ścianą, pewnie wracającego z codziennych poszukiwań końca...
i zasnęła znów śniąc niespokojnie swój odwieczny sen o umieraniu, prześladujący ją odkąd
zaczęła rozumieć sens życia.
"Tak- westchnęła, wyobrażając sobie swoje odejście - to piękne..."

Dotarło do drzwi swego domu - nigdy nie zamkniętych, przeznaczenie kusiło los szukając sposobności
by uwolnić się wreszcie z więzów znienawidzonego życia i ciała...wciąż chodziło sobie tylko znanymi
ścieżkami wśród zabójców, sióstr miłosierdzia, ladacznic i dziewic...
wśród świętych i przeklętych na wieki...ze wszystkimi było na " Ty ".


Leżała, tuląc się do swego kochanka, przeżywając z nim uniesienia, jakich dawno już nie zaznała...
zapomniała już jak to jest żyć...
Otworzyła zamglone oczy, mokre od łez...
Sama w pokoju...
„Nawet nie potrafię przejść w nicość...bardziej realną od wegetacji w codzienności...
przywiązana do życia a przecież nic z niego nie mam...”
Położyła ręce na piersiach, westchnęła...
Usłyszała jak obok ktoś się szamoce, krzyczy...

Właśnie kładło się do snu, gdy poczuło gorące dotkniecie,
„Wypalić się do końca...”- pomyślało...i zaśmiało się ostro i chrapliwie...
„ Tak...koniec powinien być podobny do gorączki...przeniesienia się w inny wymiar, rozpływając się w malignie swoich własnych uczuć...”
Szamotało się ze swoim „Ja”


Nasłuchiwała...żaden dźwięk już jej nie dobiegał, ale czuła ze już odeszło...
„Teraz już sami sobie będziemy panami swego losu...
nie ma przeznaczenia, chaos...i strach ...” zapłakała...
Wstała powoli i spokojnie skierowała się do okna...zawsze ja korciło swoja tajemniczością...
odważyła się je otworzyć...owionął ja nocny podmuch wiatru, zapach motyli i niezapominajek...
„ Jednak zapomną...”
i...zapomnieli...
dodaj komentarz
treść
podpis
przepisz kod z obrazka
kod
Copyright © 2002-2012 Anna Gross-Łoginów, Remigiusz Łoginów :: wersja cztery i pół