kiedyś dawno, dawno temu gdy
przebywałam z wizytą u bardzo dobrego znajomego w Szczecinie z
okazji Walentynek zostałam zaproszona do sklepu zoologicznego :)
i dostałam w prezencie szczurka...
Ircek go nazwałam i ani
ofiarodawca, ani ja go nie wybrałam... Ircek sam wybrał mnie, jako
jedyny za szklaną ścianą akwarium siedział spokojnie pośrodku
trocin, ruszając wąsami i rozumnie spoglądając na mnie czarnymi
koralikami oczu. Reszta jego towarzyszy kłębiła się w rogu.
Kiedy pierwszy raz wzięłam go do ręki mieścił się cały w
zamkniętej dłoni.
Całą drogę ze Szczecina do Krakowa siedział u
mnie na ramieniu lub we włosach, albo spał w rękawie swetra, chodził
ze mną na papierosa na korytarz i dla towarzystwa skubał słonecznik.
Wtedy to było jego ulubione pożywienie.
Potem zamieszkał w
klatce w akademiku i chodził ze mną wszędzie, na zajęcia,
laboratoria, imprezy.
Nauczył się bardzo szybko, że na zajęciach
ma spać lub spokojnie siedzieć w rękawie, na przerwie ma czas dla
siebie na wybiegu w kwiatkach na parapecie.
Zaczął reagować na
swoje imię. Lubił wszystkich ludzi, w całym swoim życiu zdarzyło mu
się tylko dwa razy ugryźć człowieka w tym raz jeden mnie, przez
przypadek, za co później przepraszał mnie przez pół dnia.
Siadywaliśmy sobie razem na korytarzu w akademiku ucząc się do
kolokwiów, popijaliśmy piwo, ja paliłam, Ircek zżerał banderolki z
papierosów, a czasem i przegryzał mi same papierosy.
Potem
wracaliśmy do pokoju, ja przodem a za mną prawie przy nodze Ircek.
Był tak mądry i taki kochany...
Potem zachorował, chorował
długo...
Potem ja znalazłam się w szpitalu, a kiedy wyszłam,
dowiedziałam się że Jego już nie ma...
nie zdążyłam się z nim
pożegnać...
Wtedy uświadomiłam sobie, że właśnie wraz z
odejściem Ircka skończył się pewien etap w moim życiu...
już nie
będzie szalonych wypraw na koniec polski... że zgubiłam gdzieś
klucze do Nienacka...
nie będzie już zbierania na
turbodoładowanie do miotły, bo nagle jest wiele ważniejszych
spraw...
i życie zaczęło poważniej, szybciej i ODPOWIEDZIALNIEJ
biec do przodu...
Chciałam jeszcze zatrzymać te czasy...
Pojawił się w moim domu zastępca Ircka - Speedek, mądry, bardzo
sympatyczny i kochany zwierzak, trochę bojaźliwy.
I teraz
właśnie po kilku latach umiera mi na rękach... przychodzę do domu -
Speedek leży przed klatką ciężko oddychając... i ledwo chodząc od
razu wyciąga pyszczek i prosi o wzięcie go na ręce.
Nigdy nie
lubił siedzieć na rękach, a teraz najchętniej by z nich nie schodził
w ogóle...
patrzę ja umiera...
Takich małych zwierzątek nie
leczy się, nie operuje się, poprostu się je usypia.
I nie wiem
co gorsze, patrzeć jak męczy się, jednocześnie dając mu te chwile
gdy czuje się szczęśliwy przytulony do mnie, czy pozwolić mu
odejść... tylko że odejście to wiąże się z MORDERSTWEM !
Z
decyzją o ZABICIU mojego małego przyjaciela...




