30.11.2001 08:36 :: zielona-wiedźma
Za siedmioma górami, siedmioma morzami,
siedmioma...kurka wodna, co za bzdurny i bezsensowny początek
bajki... nie, zacznijmy jeszcze raz...
Dawno , dawno
temu...nie...to też beznadziejne...
No dobra, w każdym razie w
królestwie, którego nawet nigdy nie było na żadnej
mapie żył
sobie pewien waleczny rycerz „ Sir Zawszerwącysiędowalki
Nietylkozesmokami”
Posiadał przepiękne włości gdzieś na wsi,
które aktualnie niestety były strasznie zaniedbane, gdyż rycerz ów
rzadko bywał w domu z powodu swego porywczego charakteru i
niezaspokojonej chęci uganiania się za sławą i smokami. Pamiętały
one jednak czasy świetności praprzodka Zawszerwącegosię..., który to
przodek trzymał dwór mocna ręką i był panem co się zowie...Teraz
jednak dwór był ruiną i cud że jeszcze nie zagnieździły się na nim
jakoweś duchy praprzodków, przewracających się w rodzinnych
katakumbach, widząc co porobiło się z ich dziedzictwem...
Oprócz
rycerza, zamek zamieszkiwały stada pająków i ptaków, które to
stworzenia upodobały sobie to ciche i spokojne miejsce, na swój dom.
Zawszerwącysiędowalki, był strasznym przeciwnikiem, który
wszędzie węszył możliwość stoczenia walki. Na jego nieszczęście od
dawien dawna nikt w okolicy z nim nie chciał już zadzierać. Powodem
było to, iż ów rycerz nie zawsze stosował reguły fair play w
potyczkach jakie staczał... Hołdował bowiem zasadzie iż wszystkie
drogi prowadza do Rzymu, a co za tym idzie, każdy fortel jest dobry
by odnieść zwycięstwo.... Miał też w zanadrzu straszliwa broń
zaczepno - dyskwalifikującą przeciwnika, której używał
niespodziewanie, aczkolwiek z premedytacją.
Był to sławetny
krupniczek babci Jagienki, którym to krupniczkiem obrzucał Bogu
ducha winnego przeciwnika, a ten zaskoczony i otumaniony, dawał się
szybko pokonać... pomijam fakt, że wyżej wspomniany krupniczek był
wyjątkowo niskiej jakości spożywczej, ale za to był bardzo wysoko
notowany jako uniwersalna broń pomagająca niezbyt uczciwie pokonać
wroga, jakikolwiek by on nie był.
Używanie tej broni nie było co
prawda czynem godnym rycerza, ale cóż, i wśród rycerzy zdarzały się
czarne owce i charaktery...Oczywiście Zawszerwącysiędowalki itd. nie
unikał walki wręcz z przeciwnikiem, a wręcz oną uwielbiał.
W tym
właśnie momencie zastajemy wyjątkowo rycerza w zamku, albowiem
właśnie znajduje się w czasie pomiędzy zakończoną szczęśliwie, dla
niego oczywiście, walką, a szukaniem zaczepki do odbycia następnej.
Gdy Zawszerwący itd. czekał na podanie wczesnej kolacji,
składającej się z dwóch udźców baranich, czterech przepiórek, kilku
bochenków chleba i butelek wina, obmyślał plan następnej wyprawy w
poszukiwaniu wrażeń. Kontemplował sobie widok rozpościerający się za
oknem, gdy coś go zastanowiło.
Patrzył tępo przed siebie i
patrzył i nie mógł zrozumieć co dziwnego widzi... . Wtem dotarło do
niego, że zastanowiły go kłęby dymu unoszące się nad niedalekim
pagórkiem, to nie był widok codzienny, więc go troszkę zaintrygował.
Podszedł bliżej okna i zaczął się przyglądać uważniej.
- ktoś
nadaje wiadomość sygnałami dymnymi - skontatowal.
- trzebaby to
szybko rozszyfrować .
Rozszyfrowanie sygnałów dymnych dla
rycerza takiego jak on było istną pestką, albowiem już w
dzieciństwie ze swymi towarzyszami bawił się w indian, a wiadomo, że
umiejętność czytania sygnałów dymnych jest dla każdego szanującego
się indianina sprawą wielkiej wagi.
Zastanowił się chwilkę nad
sposobem utrwalenia tego co zaraz odczyta, chwycił w dłoń mały
sztylet, wyciągnięty zza pasa, a z którym to sztyletem nie rozstawał
się nawet podczas snu, i zaczął ryć odczytywaną wiadomość we
framudze okna, z braku jakiegokolwiek innego poręczniejszego mebla.
Kiedy sygnały zaczęły się powtarzać spojrzał i przeczytał:
„ Help ! Stop Hilfe! Stop Pomocy! Stop Czy ktokolwiek mógłby
Stop mnie wybawić !?!?!? Stop
Dziewica Stop z wieży Stop .”
Zamyślił się głęboko...oparł się o jakieś zakurzone dzieło
sztuki w postaci rzeźby, które plątały się tu i ówdzie, po całym
zamku, zaśmiecając go jeszcze bardziej, o ile to „jeszcze bardziej”
było jeszcze w ogóle możliwe...
- No tak ... jak dziewica, to
trzeba biec na ratunek... No jak nie dziewica, to też niby trzeba,
ale w tym wypadku trzeba bardziej...
i jak pomyślał tak zrobił,
ale nie od razu, bowiem nie lubił nigdzie się ruszać o pustym
żołądku.
Dosiadł po obfitej kolacji swego rączego rumaka i
pognał w kierunku skąd ulatywały w niebo jeszcze resztki kłębów
dymu, coraz mniej widoczne.
Jechał i jechał i jechał i wciąż
jechał, aż w końcu dojechał do rozstajów dróg.... Tu przystanął na
chwilkę i zastanowił się.
-...trzeba się kogoś tutejszego spytać
gdzie mieszka ta dziewica z wieży, bo inaczej będę tak jechał i
jech.. ee...no właśnie...w każdym razie długo, i jak dojadę to może
już być za późno.
Rozglądał się wkoło, za jakimś osobnikiem, gdy
dostrzegł młodzieńca pasącego gęsi pod lasem.
-ooo...o to
właśnie chodziło.
Pogonił konia i zaraz znalazł się w pobliżu
upatrzonego tubylca.
- hej! – krzyknął – nie wiesz gdzie tu
mieszka jakaś dziewica w wieży? Lub ostatecznie gdzie tu w okolicy
jest jakaś wieża?
Młodzieniec wstał i rozglądnął się.
- mnie
pan pyta?
-a widzisz tu kogoś innego oprócz Ciebie?
- nie,
ale pytam na wszelki wypadek... wieża mówi pan...wieża, niech
pomyślę...
i zaczął myśleć. Po jakichś pięciu minutach pracy
myślowej, a widać było, że dla niego jest to naprawdę ciężka praca,
rozpromienił się i rzekł:
-hmm, jest tu taka jedna, troche
zdemolowana wieża, tam za pagórkiem, tym na lewo, ale o dziewicy to
nic nie wiem.
-nie szkodzi, w każdym razie dziękuje za wskazanie
drogi – Zawszerwącysię..itd. popatrzył z powątpiewaniem na pastucha
i podążył we wskazanym mu przez niego kierunku. „ Co za ignorant” –
pomyślał.
Jadąc wyobrażał sobie jak też może wyglądać taka
dziewica z wieży, czy jest podobna może do jego dalekiej kuzynki
Pelagii, która to kuzynka była cudnej urody..., czy też może będzie
podobna do jednej takiej dziewicy jaką widział w zamku Lisengor,
kiedy przybył na turniej rycerski...ech...rozmarzył się
Zawszerwącysię..itd.
Może już czas się ustatkować- pomyślał –
taka okazja się trafia ostatnio coraz rzadziej...- albo dziewice się
w końcu zestarzeją, albo ja już nie będę taki rycerski i
waleczny...wszystko się może
zdarzyć – westchnął i pogonił
konia.
Za wyżej wspomnianym pagórkiem na lewo, co go zdziwiło,
faktycznie ujrzał nieco zdemolowaną, ale zawsze wieżę. Podjechał
bliżej, zadarł głowę i w najwyższym oknie ujrzał kogoś.
Objechał
budynek dookoła, bo jako rycerz w młodości odebrał, no może
niekompletne, ale jakieś tam wychowanie i wiedział, że do
księżniczki nie powinno się krzyczeć, a już na pewno nie z takiej
odległości.
Stanął skonsternowany pod wysokimi drzwiami, bardzo
wykwintnie rzeźbionymi i z okuciami, zsiadł z konia i spróbował
otworzyć drzwi. Były zamknięte. Zapukał. Nic. Zapukał jeszcze raz,
tym razem głośniej. Dalej nic.
Pomyślał chwilkę, załomotał
baaardzo mocno i dopiero wtedy usłyszał jakiś ruch.
Poczekał aż
ruch zejdzie na dół do niego, przeczekał jakieś machinacje pod
drzwiami i wreszcie drzwi stały otworem. W drzwiach zobaczył
dziewczynę urody takiej sobie przeciętnej, z długimi będącymi w
nieładzie włosami barwy lnu, i ubraną w męski strój.
- Czego ? –
odezwało się zjawisko.
Zawszerwącysię..itd. zaniemówił.
– no
czego? – domagało się odpowiedzi.
- ykhm, hmm, no hmm...jakby tu
powiedzieć, no, że ja w potrzebie, znaczy nie, dziewica w potrzebie
i ja ze swoim koniem pędze zaspokoić potrzebę, tfu, znaczy uwolnić,
uratować znaczy się z potrzeby... –
aż spocił się cały i zrobił
czerwony z wysiłku przypominając sobie po co tu przyszedł, do kogo i
z przerażeniem słuchając co wygaduje.
- hehehe – znaczy się, że
co? Do dziewicy przyjechał Pan? Ratować?
- no właśnie,
przepraszam bardzo, zacznijmy może jeszcze raz, jakby Pani była
łaskawa zamknąć drzwi dobrze?
- rozumiem że z tamtej strony?
- ekhm, no tak.
Drzwi się zamknęły, Zawszerwącysię..itd.
ochłonął troszkę i zapukał.
- Dzień dobry!- powiedział widząc
swoją poprzednią rozmówczynię.
- Witam, witam...
- Jestem
sir Zawszerwącysiędowalki Nietylkozesmokami, przybyłem wezwany
sygnałami dymnymi, ktoś z wieży wzywał pomocy, konkretnie pewna mi
nieznana dama, zresztą wzywała pomocy z nieznanej mi wieży, o Boże
co ja wygaduje, tzn. chciałem powiedzieć, że nie wiem czy dobrze
trafiłem....
cdn....
29.11.2001 08:32 :: zielona-wiedźma
Poznałam Twoją duszę
przynajmniej na tyle, na
ile mi pozwoliłeś...
Pokochałam to, czego nie mogłam zobaczyć
i może nigdy nie będzie mi dane...
Dzielę swój czas na
chwile od - do spotkania z Tobą
virtualnie tylko
Każda
litera wysłana przez Ciebie, choć ginie w morzu innych, podobnych
zapada głęboko w moje serce
Piszesz, że mnie przytulasz
nie czuję jednak Twych ramion na swoich...
Piszesz, że mnie
całujesz
lecz moje usta spragnione Twoich nigdy pocałunku nie
otrzymają...
Piszę, że się uśmiecham promiennie, lecz korowód
łez spływa po twarzy,
a serce - kurczy się z tęsknoty...
Jesteś tak nieosiągalny, nierzeczywisty...
tak bliski
a
jednocześnie
tak daleki
Tak łatwo Ci napisać "kochanie"
bo w tej chwili dla Ciebie to słowo złożone z kilku liter
a
dla mnie już znaczy
poruszenie serca, wzruszenie do łez...
Nie wierzę że możesz kochać mnie...
Trwam więc w
beznadziejności kochania mojego
i czekam aż napiszesz mi, że
dobrze się bawiłeś - tylko bawiłeś...
bo na tym ta gra polega
sama siebie skazałam na taką miłość
lokując swoje uczucie w
kimś...
kogo duszę znam tylko z widzenia...
28.11.2001 10:26 :: zielona-wiedźma
Zasnełam i znalazłam się w swojej
zwykłej postaci w lesie... ubrana
w jakąś czarną zwiewną
sukienkę... troszeczkę prześwitującą...
wedrowałam sobie po
lesie..., bardzo gęstym, ale jednocześnie jasno
oświetlonym
....nie byłam sama, tzn fizycznie tak, ale czułam intuicyjnie
czyjąś obecność...w gruncie rzeczy to czułam się tak jakby ktoś
właśnie
mnie gdzieś prowadził...
Dotarłam na skraj polany,
dosyć dużej, na środku której znajdowało się
sporych rozmiarów
jezioro z wpływającym doń strumieniem tworzącym rodzaj
wodospadu...
Stałam, przed soba mając jakieś krzewy, które
obficie obrastały skraj
tej polany...i nie mogłam się ruszyć.
Przyglądałam się tafli jeziora.
Wtedy zobaczyłam smoka...
zielonego oczywiście i w pewnym sensie hmm...
nie pamietam jak
wygladał...w każdym razie czułam jego ciepło...jego
piękno...i
coś ...czego nie potrafiłam w pierwszej chwili określić...
tzn
uczucie podniecenia na jego widok....
pluskał się w
wodzie...ginął mi z oczu co chwile nurkując...i dobrze się
bawił...
Nagle znieruchomiał i zaczął intensywnie wciągać w
nozdrza
powietrze...przestałam oddychać...
nie ze
strachu...bo bardzo chciałam być z nim...dotknąć go...
ale
zniknął...
Znalazłam się na brzegu...stojąc na trawie i troche w
wodzie...widziałam
swoje stopy...i czulam ciepły, pieszczotliwy
dotyk wilgoci z jeziora...
smoka już nigdzie nie było i nie
czułam nawet już jego obecności..
tak jakby go w ogóle tu nie
było...
Weszłam do wody...byłam naga...choć nie przypominam
sobie żebym coś z
siebie zdejmowała...unosiłam się na wodzie...
a potem podpłynęłam do wodospadu...
stanęłam pod nim tak, że
woda spływała kaskadami na moje cialo...
i poczułam że ktoś na
mnie patrzy...ale to było przyjemne...
uczucie
zainteresowania...i jakoś nie przejmowałam się tym...
potem
położyłam się na plecach w trawie...pachniała czymś czego się nie da
określić...
nie pachniała jak trawa...ale jak coś gorącego i
wilgotnego...
coś co podnieca i wywołuje uczucie rozkoszy...
w tym momencie poczułam czyjąś cielesną obecność...
nad
soba...i obok siebie...
ale nie mogłam otworzyć oczu...
wtedy stałam się nagle z uczestnika tego
spektaklu...widzem...choć czułam
wszystko co się ze mna
dzieje...
zobaczyłam siebie naga, leżącą w trawie...i nademną
pochylającego sie
smoka..., tego samego, którego wcześniej
widziałam....przypatrywał mi
się...
potem ostrożnie wziął
mnie w swoje łapy...poczułam to...jego
dotyk...chłodny i
wilgotny ... i czułam że nic mi się nie stanie...byłam
bezpieczna... a jednocześnie bardzo pobudzona...
położył
mnie sobie na rozpostartej dłoni (raczej łapie...)
a drugą
zaczął delikatnie błądzić po całym moim ciele...
czułam to
wszystko, każdy ruch jego palców...jego dotyk był przyjemny aż do
bólu...fizycznego bólu...
widziałam że jemu to też sprawia
wielka przyjemność...
uśmiechał się choć tego nie widziałam ale
wyczuwałam...
W tym momencie moim ciałem wstrząsnął
dreszcz...uczucie,
że cos zawładnęło mną do końca... poruszając
wszystkie nerwy....
czułam go w sobie choć we mnie nie był...
czułam jego dotyk...jego obecność we mnie głęboko...
i to
powodowało że ból stawał się coraz większy...
ale to było jak
narkotyk... ból, który się wciąż chce przeżywać...
i jeszcze
raz... i jeszcze... i jeszcze...
i...
obudziłam się...
27.11.2001 12:23 :: zielona-wiedźma
...
to jest takie stworzenie, bez którego nie mógłby się obyć świat...
...
jak wyglądałaby noc bez kocich łap
odciśniętych na
jej aksamitnej czerni?
jaki kolor miałyby oczy nie będące
kocimi?
świat bez możliwości zatonięcia w tych oczach,
o
ile uboższy byłby dotyk bez miękkości kociego futra,
i nie
byłoby tych wszystkich dla nas zakazanych, a tylko kotom wiadomych
ścieżek
poprzecinanych licznymi smugami przejść w kolejne
życia...
26.11.2001 15:42 :: zielona-wiedźma
w związku z podejrzeniami jakobym nie chciała
Cię zaprosić do siebie...
ogłaszam wszem i wobec że chcę i
zapraszam :)))))))
na lepienie bałwana ew. rzucanie się
śnieżkami i... ciepłą herbatę z sokiem malinowym i... i co tam
jeszcze wymyślimy :))))
26.11.2001 08:41 :: zielona-wiedźma
no i zostaliśmy wszyscy wraz zasypani pod zwałami
śniegu padającego z różnym natężeniem z całej masy burych chmur
górujących nad nami :)
na chodnikach zaspy, trzeba przecierać
szlaki, na ulicach breja nieokreślonego koloru i zastosowania... i w
to wszystko z rana zostałam brutalnie wyrwana ze snu. Od razu i w
zupełności zatonęłam w realiach zimowych...
a taki ranek
przeznaczony jest li tylko i wyłącznie do tego żeby wysunąć nos spod
kołdry i wsunąć go spowrotem z zadowolonym mruknięciem "nie muszę
nigdzie dziś iść..." :) no ew. można wstać i entuzjastycznie ulepić
na tarasie bałwana, albo porzucać się śnieżkami i zjechać na butach
z górki no i oczywiście wrócić później do domu w poczuciu
spełnionego zimowego obowiązku, wypić gorącą herbatkę z sokiem z
malin... posiedzieć przytuliwszy się do kaloryfera i zamyślić się
bezmyślnie nad czymkolwiek filozoficznym...
a nie zrywać się
rano, przepuszczać środki komunikacji miejskiej, które i tak nie
mieszczą już nawet myszy, zatrzymują się na przystankach tylko po to
żeby sfrustowanych ludzi jeszcze bardziej dobić... - nikt nie
wsiada, nikt nie wysiada... no i tyle, jak w końcu uda się dopchać
do środka, pozostaje radosne wleczenie się w sznurku samochodów -
żółw chyba szybciej spacerkiem chodzi.
I jakim to sposobem
zdążyć można na 8 do pracy?
swoją drogą zima jak zwykle
zaskoczyła drogowców :)
23.11.2001 08:20 :: zielona-wiedźma
Podeszła do okna i zapatrzyła się w
nieskończoność, rozpościerającą się poza zaparowanymi szybami...
"To jest mój dzień ! " - pomyślała odwracając się od okna.
"Dzień na śmierć - równie dobry jak każdy inny "
i zasnęła
na fotelu, tuląc do piersi swoje nienarodzone jeszcze niemowlę .
Po skrzypiących ze starości schodach krok za krokiem
przesuwało się przeznaczenie...
" Stopa uniesiona w górę,
wysunięta do przodu lekko, coraz więcej...delikatne położenie jej na
następnym stopniu...
Czemu nie mogę umrzeć? Przestać istnieć?
Moje ciało jest już tak stare że każdego dnia wydaje mi się, że już
starsze nie może być... a jednak każdego następnego dnia budzę się
jeszcze starsze, i bardziej niechciane...
zanurzone w coraz
większym bezsensie swojego powolnego umierania...
Czekanie...wieczne wypatrywanie kresu.”
Obudziła się na
moment tylko po to, by usłyszeć kroki Przeznaczenia
mieszkającego tuż obok, za ścianą, pewnie wracającego z
codziennych poszukiwań końca...
i zasnęła znów śniąc
niespokojnie swój odwieczny sen o umieraniu, prześladujący ją odkąd
zaczęła rozumieć sens życia.
"Tak- westchnęła, wyobrażając
sobie swoje odejście - to piękne..."
Dotarło do drzwi swego
domu - nigdy nie zamkniętych, przeznaczenie kusiło los szukając
sposobności
by uwolnić się wreszcie z więzów znienawidzonego
życia i ciała...wciąż chodziło sobie tylko znanymi
ścieżkami
wśród zabójców, sióstr miłosierdzia, ladacznic i dziewic...
wśród świętych i przeklętych na wieki...ze wszystkimi było na "
Ty ".
Leżała, tuląc się do swego kochanka, przeżywając z
nim uniesienia, jakich dawno już nie zaznała...
zapomniała już
jak to jest żyć...
Otworzyła zamglone oczy, mokre od łez...
Sama w pokoju...
„Nawet nie potrafię przejść w
nicość...bardziej realną od wegetacji w codzienności...
przywiązana do życia a przecież nic z niego nie mam...”
Położyła ręce na piersiach, westchnęła...
Usłyszała jak obok
ktoś się szamoce, krzyczy...
Właśnie kładło się do snu, gdy
poczuło gorące dotkniecie,
„Wypalić się do końca...”-
pomyślało...i zaśmiało się ostro i chrapliwie...
„ Tak...koniec
powinien być podobny do gorączki...przeniesienia się w inny wymiar,
rozpływając się w malignie swoich własnych uczuć...”
Szamotało
się ze swoim „Ja”
Nasłuchiwała...żaden dźwięk już jej
nie dobiegał, ale czuła ze już odeszło...
„Teraz już sami sobie
będziemy panami swego losu...
nie ma przeznaczenia, chaos...i
strach ...” zapłakała...
Wstała powoli i spokojnie skierowała
się do okna...zawsze ja korciło swoja tajemniczością...
odważyła
się je otworzyć...owionął ja nocny podmuch wiatru, zapach motyli i
niezapominajek...
„ Jednak zapomną...”
i...zapomnieli...
21.11.2001 09:24 :: zielona-wiedźma
Żołędzie odgrywają istotną rolę w ludowych
wierzeniach mieszkańców Wysp Brytyjskich, a przecież dęby rosną w
całej Europie. Dawni druidzi sadzili święte gaje dębowe, które
strzegły lud, w nich też zawierano związki małżeńskie, a pojedyncze
dęby wskazywały granice ziem. Indiańska ludność Kaliforni otaczała
dąb szacunkiem jako "drzewo świata". Żołędzie uważano za kosmiczne
zarodki, z których powstało ziemskie życie, samo zaś drzewo
reprezentowało uświęcony związek Matki Ziemi z kosmosem. Żołądź jest
też symbolem wysiłku i osiągnięć, sam dąb z kolei - wytrwałości,
pomysłowości i prawdy.
Poniższe zaklęcie najlepiej zacząć w
czwartek w fazie księżyca wzrastającego.
W czwartkowy
poranek zapal zieloną świeczkę, zamknij oczy i wyobrażaj sobie, że
blask świecy roztacza wokół ciebie bezpieczny kokon. Na kartce
zielonego papieru napisz swoje imię i swoje ambicje, jakie chciałbyś
zrealizować. Zgaś świeczkę i zachowaj ją do późniejszego użycia.
Przez resztę dnia, w kieszeni lub w sakiewce, noś przy sobie 2
żołędzie, srebrną monetę i tę zapisaną kartkę.
Po powrocie do
domu ponownie zapal świecę i szybkim ruchem przesuń nad jej
płomieniem żołędzie i monetę, zawiń je w swoją kartkę i zakop w
ogrodzie lub w innym miejscu które szczególnie lubisz.
Powtarzaj
ten rytuał co roku, aby twoja kariera rozwijała się pomyślnie i
przynosiła sukcesy.
20.11.2001 10:54 ::
obudziłam się dzisiaj i patrzę
za okno i oczom nie wierzę... co to jest? to coś co leci w skąpych
ale systematycznych ilościach z nieba?
śnieg? teraz? 20
listopada? nooo
a ja myślałam że jeszcze pojadę do ojcowa
potarzać się w liściach... a tu masz babo placek.
nie dość że
zimno to jeszcze
"pada śnieg BIM - BOM"
19.11.2001 09:49 :: zielona-wiedźma
no i jestem, co prawda przytłoczona masą całą obowiązków, ale to już
tak jest w każdy poniedziałek... przychodzi sobie człowiek w
nastroju jeszcze weekendowym do roboty i co? i zamiast spokojnie
przestawiać się z trybu - leż i wypoczywaj - na - biegaj i pracuj -
to od rana zostaje zasypany czyimiś zaległościami i pracą na wczoraj
:)
w efekcie przez dzisiejszy dzień mam wykonać:
primo:
projekt strony (czyt. web page'a) i poprawki na starej
secondo:
projekt 3 ulotek na wczoraj
tertio: poprawić około 300 produktów
w bazie danych
quatro: i w międzyczasie wykonać szeroko
zakrojone działania reklamowe (czyt. mailing)
no więc ja się
pytam czy ja posiadam cztery ręce i dwa procesory? :) czy ja
wyglądam na cyborga?
(mniej zorientowanym podpowiadam że nie
wyglądam :))))))))))))
co ja tu jeszcze robię? wracam do
pracy
czołem i cześć !
16.11.2001 10:44 :: zielona-wiedźma
- Wyobrażasz sobie może współczesne życie
księżniczki, lub nie daj Boże królewny? No wiesz...takiej z bajki,
całkowicie niezwyczajnej...
- A co tu jest w ogóle do
wyobrażania?
- No rusz mózgownicą, pomyśl troszkę i wyobraź
sobie np. że ja jestem królewną ...siedzę sobie w wieży...
- No
wyobrażam sobie i co? Siedzisz tam zamknięta, całkiem sama.
-
Właśnie sama...siedzę tam sobie coś tam dziergam, nucę sobie jakiś
kawałek „The Doors” ...
- ? czemu właśnie to?
- No dobrze
może być Metallica...
- Hehehe...wyobrażam sobie królewnę nucącą
metallice...hehe
- Co się śmiejesz? a co mam nucić sama na
wieży? szła dzieweczka do laseczka?
- Hmm..no też prawda, no
dobra nucisz coś tam, dziergasz i co?
- I właśnie nic...czekam
na księcia...
- Czyli na mnie?
- Tak na Ciebie a na kogóż
innego miałabym czekać?
- No...na mnie...ja Cię oswobodzę.
-
Ale mnie nie trzeba oswobadzać, ja jestem wolną jak dzika świnia
królewną
- To czemu siedzisz sama na wieży?
- No bo nie
wypada królewnie samej się plątać po świecie nie?
- Też
prawda...
- No i siedzę i czekam i czekam, aż łaskawie książe
się zjawi, weźmie mnie w ramiona i poświęci mi chociaż marne pięć
minutek ze swojego cennego czasu, by pójść ze mną chociaż na
spacerek
ech marność...co za ironia,
w dzisiejszych czasach
to księżniczki
i królewny powinny ubiegać się o względy książąt,
bo teraz prawdziwego księcia znaleźć to cud, a i Ci się wysoko
cenią...
- No to masz inne wyjścia...
- No tak wiem, albo
oknem, albo drzwiami uciec z wieży...ale okno jest wysoko więc to
jest wyjście ostateczne.
- Nie o tym mówię...możesz np. olać
księcia, albo dla rozrywki dać w pysk smokowi...albo ze smokiem np.
iść
na spacer...
- No wiesz? jak możesz? smoki to bardzo
przyzwoite stworzenia...choć z drugiej strony to bałabym się z takim
smokiem iść na spacer...bo jakby tak mu strzeliło coś do głowy? A
księżniczki mieszkają zwykle w odludnej okolicy i tu nawet o
porządne służby porządkowe trudno...
- Swoją droga tak się
zastanawiam, co z Ciebie by była za królewna...
- Jak to co za
królewna? hmm...a wiesz masz racje...niezbyt urodziwa królewna, ale
za to pełna różnorakich zalet ducha...a kto powiedział, że jak
królewna, to od razu musi być urodziwa? Zresztą i tak w sumie to
niewiele mam tak naprawdę z królewny...bo przecież każda królewna
miała pół królestwa w posagu a ja co? Co prawda mam ćwierć działki i
to budowlanej, ale na takim terenie to nawet porządnego zamku nie
można postawić, ani wieży, no może taki pico-zamek...albo co
najwyżej zamek gerdy...
- Tak naprawdę, to nawet bym nie chciał
żebyś była królewną, bo może faktycznie byś dała w pysk np. mi i
poszła na spacer z tym smokiem, a tak naprawdę to tu przy kominku
stwierdzam autorytatywnie,że chyba Cię mimo wszystkich Twoich wad
kocham ...
- I nawzajem mój Ty mizerny królewiczu od siedmiu
boleści....
12.11.2001 09:08 :: pierwszy blog - zielona-wiedźma
dzisiaj... dzisiaj jest dobry dzień na inicjację
dobry jak każdy inny
więc zaczynam
pisać bloga
(tekst z pierwszego bloga zielonej)