Rano po śniadanku zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Şurdeşti, gdzie znajduje się do niedawna najwyższa drewniana cerkiew. Do niedawna, bo każda nowa cerkiew musi być wyższa od aktualnej rekordzistki. Ta w Şurdeşti ma 54m wysokości i jest wykonana w całości bez użycia gwoździ.
Musieliśmy się trochę cofnąć do głównej drogi i przez przełęcz Gutai pojechaliśmy dalej na wschód. Nie było by udanych wakacji bez serpentyn, które na przełęczy były super - wiły się przez dobre kilka kilometrów. Szkoda tylko, że są absolutnie nie widokowe :( Jest tylko jeden krótki odcinek bez lasu. No i pierwszy raz zobaczyliśmy jak można pięknie wyprzedać tira i dwa inne samochody na zakręcie, bez widoczności, co za tym zakrętem jedzie. I to nie był pojedynczy przypadek.
Za przełęczą przejechaliśmy przez wieś Mara i w Deseşti podjechaliśmy pod kolejną cerkiew. Cerkiew ta znajduje się na wzgórku pośród dosyć sporego i malowniczego cmentarza. Akurat na miejscu byłą wycieczka Niemców, więc weszliśmy do środka. Całe wnętrze pokrywają malowidła świętych, piekła, nieba... W następnej wsi zjechaliśmy z głównej drogi i udaliśmy się do Budeşti. Po drodze w końcu skończyła się zabudowa i można było pooglądać piękne widoki z wszechobecnymi bardzo charakterystycznymi snopkami siana. Ogólnie wsie w dolinie Izy są potwornie gęsto zabudowane, dosłownie dom na domu. I niestety domu budowane są bez ładu i składu - do ładnej drewnianej chatki przyklejony jest ogromny betonowy klocek. Za piękną rzeźbioną drewnianą bramą stoją dwa koszmarki. Wszystkie te stare, drewniane chaty giną wśród tandetnych domów. Ja rozumiem, że ludzie chcieli by żyć w lepszych warunkach niż dotychczas ale mogliby chociaż budować je w jednym stylu. A tak jest syf i dziadostwo :( W Budeşti są dwie cerkwie drewniane - my podjechaliśmy pod górną, skromniejszą położoną tradycyjnie w środku cmentarzyka. Koło dolnej przejechaliśmy.
Wróciliśmy na główną drogę i w Bârsanie zatrzymaliśmy się przed Monastyrem. Ania i dzieci nie zachwyceni oglądaniem kolejnej cerkwi zostali koło auta. Klasztor jest zbudowany na początku lat 90 ale wygląda jakby dopiero co skończyli. Budynki piękne, bardzo ładnie rozmieszczone. Klomby z kwiatami, ścieżki, studnie... Wszystko bardzo ładnie wygląda.
Następnym przystankiem była oddalona o 1,5 km od głównej drogi wieś Ieud, która wg przewodnika jest najbardziej atrakcyjna i uznawana, za żywy skansen. Niestety tutaj też domy giną w zalewie nowej tandety :( Podszedłem pod cerkiew i pojechaliśmy w stronę Săpânţy wzdłuż granicy ukraińskiej przez Vişeu de Sus
W Săpâncie słynny wesoły cmentarz. Szkoda, że nie można było poczytać opisów na nagrobkach - przydałby się uniwersalny translator ze Star Treka.
Zwiedzanie cmentarza zakończyliśmy około 16 i wyruszyliśmy w stronę Tokaju gdzie mieliśmy w planie zjedzenie kolacji. Jeszcze po stronie rumuńskiej wjechaliśmy do wsi Certeze. Od razu widać, że coś jest nie tak... domy jakieś takie ogromne, większość z nich projektowanych cyrklem :) każdy następny bardziej "wypasiony" i kulminacją jest dom z 3m posągami, kolumnami, płaskorzeźbami. Szok. Jak już w domu zaczęliśmy szukać informacji przeczytaliśmy, że wszyscy reagują podobnie. Wjeżdżają do wsi i po chwili łapią za aparaty i kamery :)
Na granicy trafiliśmy na kolejkę na 10 aut. Patrzymy a tu trzepią auta z rejestracjami z Włoch, Hiszpanii... sprawdzanie dokumentów, otwieranie bagażników... podjeżdżamy, dajemy dokumenty a Pan nam oddaje nie patrząc nawet na nie i pokazuje, żeby jechać :)
Do Tokaju dojechaliśmy po 20 i przykra niespodzianka - większość miejsc zamkniętych, włącznie z knajpką, w której mieliśmy zjeść kolację :( Na szczęście znalazła się restauracja z dobrym jedzonkiem. Zeszło nam tam w sumie 1,5h i o 22 wyjechaliśmy w stronę Krakowa. Do Krakowa dotarliśmy chwilę po 5 rano zaliczając jeden objazd na Słowacji i dwa przystanki na herbatkę. Przyjechaliśmy i padliśmy na twarz - 24h po przebudzeniu w Rumunii.
Jak już się obudziliśmy sąsiad przekazał nam "radosną" nowinę, że było włamanie do piwnicy. Serce mi stanęło - poszły rowerki. Okazało się, że wprawdzie włamali się do mojej piwnicy, zerwali skobel i rowerów nie ruszyli. Ukradli tylko rower sąsiada.
