W czwartek rano zwinęliśmy się z Egeru i wyruszyliśmy w stronę Baia Mare w Rumunii robiąc po drodze mały rekonesans w Hajdúszoboszló. Dosyć szybko przejechaliśmy przez Jezioro Cisa. Piszę, przez, bo droga wiedzie groblą przez środek tego drugiego co do wielkości zbiornika wodnego na Węgrzech. Następnie wjechaliśmy do Parku Narodowego Hortobágy, w środku którego płynie rzeka Hortobágy przez wieś Hortobágy. Wieś ta jest w sumie jednym dużym muzeum Puszty - jest wystawa poświęcona historii i życiu na Puszcie, mini zoo, ptaszarnia, targ... jest też dziewięcioprzęsłowy most - najdłuższy kamienny most na Węgrzech.
Stamtąd było już niedaleko do Hajdúszoboszló - letniej stolicy Polski :) Oprócz ogromnego kąpieliska ze sztucznym stawem nie ma tam za bardzo nic ciekawego. Takie turystyczne miasteczko. Raczej tam już nie zawitamy.
Przez Debreczyn dojechaliśmy do granicy i niespodzianka - Rumunia nie jest w Schengen - trzeba było pokazać paszporty... i szczura. Chwilkę się zastanawiali co z nim zrobić, potem się uśmiechnęli i puścili nas. Wyjechaliśmy na drogę do Satu Mare. Droga na całej długości w remoncie, na szczęście już nowa nawierzchnia była, tylko kopali rowy, więc co kawałek trzeba było wymijać koparki. We wsiach raczej bidnie, miejscami wyglądało to trochę jakby przeszedł jakiś huragan :) Auta mają raczej nowe, jeżeli Dacie to z tych nowszych. Ale jest masa wozów konnych - głównie Cyganie. I we wsiach praktycznie przed każdą chatą sprzedają ziemniaki, papryki, owoce. Za wioskami też - co kawałek pleciona buda lub wóz z arbuzami lub jakimiś warzywami. Dla kontrastu w jednym miejscu było wykoszone pole kukurydzy i elegancki bankiet. Przy niewykoszonej części tabliczki z nazwami gatunków kukurydzy, ładnie odsłonięte kolby. Może jakieś GMO :)
Za Satu Mare GPS poprowadził nas drogą na Apa, która kiedyś miała asfalt i kostkę, a teraz jest drogą głównie bitą :) lepiej się jechało poboczem niż środkiem. Asfaltowa droga też jest jak się potem okazało ale mieliśmy mały off road :) Do Baia Mare dojechaliśmy koło 17.30, dojechaliśmy do dawnego Rynku, gdzie udałem się pieszo na poszukiwanie noclegu. Zdecydowałem się na drugi z odwiedzonych pensjonatów - wszystkie co mijaliśmy były 3 gwiazdkowe ;) ten był ciut tańszy od pierwszego ale i tak kosztował 220 zł za 4 osoby, bo mieli tylko apartament - 2 pokoje (każdy z TV) i łazienkę. Do tego niezłe WiFi, ręczniki i śniadanie - najbardziej luksusowy nocleg w te wakacje :) Szybko się rozpakowaliśmy i poszliśmy na spacer. Oglądania dużo nie ma - na Rynku jest kilka knajpek i ładnych odnowionych kamienic, obok uważana za symbol miasta wieża Św. Stefana - pozostałość po spalonej katolickiej katedrze. Baszta Rzeźników - jedyna pozostałość po murach miejskich była w remoncie. Spod niej poszliśmy na Plac Rewolucji z "monumentalnymi gmachami publicznymi, hotelami, eleganckimi sklepami i restauracjami". Tak napisali w przewodniku - nie wiem co autorzy palili, bo po wejściu na plac zobaczyliśmy obskurne odrapane bloki, jakiś bar i sklepy niezbyt eleganckie :) Ratusz jest owszem duży ale do monumentalnego to trochę mu brakuje, obok jest hotel i kilka sklepów tylko, że zgodnie z mapą to już nie Plac Rewolucji. Później się okazało, że nie tylko z tym się pomylili w przewodniku. Spacer zakończyliśmy w knajpce na Rynku. Zdecydowaliśmy się na pizzę, na którą czekaliśmy ponad 30 min - 3 kelnerki nie bardzo sobie radziły ze sporą liczbą ludzi. Pizza była smaczna.
