Rano, po sniadanku złożyliśmy namioty, zakapowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy do mojej Babci do Morąga. Na nasze nieszczęście posłuchałem taty i zamiast 3 cyfrowymi drogami przez Kętrzyn i Dobre Miasto pojechaliśmy czerwonymi, dwu przez Mikołajki i Olsztyn, przez co trafiliśmy na masę fotoradarów, remontów z ruchem wahadłowym i przebijanie się przez Olsztyn, czego efektem była o ponad godzinę dłuższa jazda.
U Babci posiedzieliśmy do wieczora rozmawiając, pokazując zdjęcia z Wilna, oglądając stare zdjęcia i uzupełniając drzewo genealogiczne na geni.com.
Potem przez Elbląg i Malbork, tuż przed zmrokiem dotarliśmy nad Wisłę do Mątowych Wielkich, gdzie od 20 lat zawsze w ostatni tydzień lipca Ani rodzina robi mały zlot i zawody wędkarskie. Rozbijają się w tym samym miejscu na polderze nad Wisłą. Szybko rozbiliśmy namioty i zorganizowaliśmy ognisko.
Następny dzień leniuchowaliśmy, smażyliśmy się na słońcu, gadaliśmy i leniuchowaliśmy, aż zaczęło mnie trochę nosić, więc z Ania zapakowaliśmy się do autka i pojechaliśmy do Piekła :) Wieś na końcu świata, asfalt dziurawy jak ser szwajcarski, nie było nawet tabliczki, przy której można było by sobie zrobić zdjęcie. Na szęście wieś dalej jest ciekawa śluza rozdzielająca Wisłę i Nogat. W promocji dostalismy widowisko pt. przeprawianie barki przez śluzę. Barka była konkretna, dwuczłonowa + pchacz. Wszystko odbywało się ręcznie. Wpierw rozczepili barkę i w dwie osoby przeciągnęli do śluzy. Potem dwie osoby korbami zamknęły wrota, potem znowu korbami otworzyli otwory odprowadzające wodę… całość trwała może 15 min.
Wieczorkiem uzbieraliśmy pokaźną górę gałęzi i do później nocy siedzieliśmy przy ognisku. Powoli coraz więcej osób szło spać, a gałęzi masa. Przyspieszyliśmy spalanie tworząć piekne ponad 2m ognicho :)
Rano na spokojnie spakowaliśmy się i przez Płock, Sochaczew, Radom i Kielce pojechaliśmy do domku. I tak szybciutko przeleciało 2 tygodnie urlopu. Przejechaliśmy jakies 2700 km.
