Rano na 10 umówiliśmy się z moją kuzynką Sabiną - miała nas oprowadzić po Kolonii Wileńskiej (Kolejowej), gdzie wychowywała się moja Babcia. Pierwszym przystankiem był cmentarz przed Kolonia, gdzie pochowana jest m.in. moja Prababcia (mama Babci), jej siostra, brat. Stamtąd pojechaliśmy pod drewniany kościółek, w którym Babcia śpiewała w chórze i brała tam ślub. Zaraz obok kościółka jest niewielki cmentarz, zapoczątkowany przez groby żołnierzy AK poległych podczas operacji Ostra Brama (Wyzwolenie Wilna tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej). Jednego dnia Babcia brała ślub, a w nocy pomagała zwozlić ciała poległych. Dziadek cudem przeżył. Tuż obok grobów powstańców są groby naszej rodziny. Z cementarza wąską ścieżka przez las zeszliśmy do Dolnej Kolonii, gdzie odwiedziliśmy trzy domy, w tym jeden w którym przez jakiś czas mieszkała Babcia ze swoją siostrą Stasią. Mieliśmy niewiele czasu, bo na 14 byliśmy umówieni na obiad u cioci Zygfrydy w Nowej Wilejce, więc musieliśmy odmówić wstąpienia chociażby na herbatę. Gdyby nie Sabina i jej zapewnienie, że przyprowadzi nas za rok chyba by się nie udało :)
Tuż za stacją kolejową minęliśmy dom Konwickiego i energicznym krokiem poszliśmy w stronę serpentyn i kościółka. Niestety nie udało się uciec przed deszczem, urwanie chmury dorwało nas dosłownie 100 m przed autami. Ania, z Gabrysią i Sabiną schowały się wpierw pod drzewo potem pod parasol a ja pobiegłem do auta. Wsiadając byłem kompletnie przemoczony. Serpentyny są pokryte kostką pamiętającą jeszcze czasy przedwojenne, wiec szybki zjazd autem z tylnim napedem był niezłym przeżyciem :)
Spod kościółka pojechaliśmy pod dom, w którym urodziła się babcia. Tuż obok mieszka mój kuzyn Robert (którego akurat nie było) z żoną Liliją i dwójką dzieci. Zatrzymaliśmy się u nich na herbatę, po czym pojechaliśmy do Nowej Wilejki na obiad. Po drodze mijaliśmy dom Sabiny i polską szkołe z przedszkolem, gdzie pracują Bożena i Lilija. Na obiad były pyszne zeppeliny ze skwarkami, do tego kwas chlebowy. Pooglądaliśmy stare rodzinne zdjęcia, porozmawialiśmy o życiu na Litwie i przed 17 pojechaliśmy do domu Sabiny, skąd jeszcze z Halinką mieliśmy pojechać do Trok.
Jadąc do Trok musieliśmy przejechać przez Wilno, gdzie zrobił się dosyć spory ruch (i tak przynajmniej połowę miejszy jak w Krakowie), przez co dwa razy o mało nie zgubiliśmy Halinki - jechała przed nami jako pilot. W Trokach przeszliśmy przez całe miasto w stronę zamku. Im bliżej zamku, tym zabudowa była coraz ładniejsza - drewniane kolorowe domki, w co drugim knajpka.
Zamek położony jest na wyspie. Idzie się do niego drewnianym pomostem wpierw na jedna wyspę, potem kolejnym pomostem już do zamku. Sam zamek jest pięknie odnowiony, weszliśmy na dziedziniec nie zwiedzaliśm już, bo było dosyć późno. Na kolację poszliśmy na kibyny - pierożki z ciasta drożdżowego z różnym farszem. Po obfitym obiedzie byłem w stanie zjeść tylko dwa - jeden z kurczakiem i grzybami, drugi tradycyjny i zdecydowanie lepszy z baraniną.
Z Trok pojechaliśmy spowrotem do Sabiny i Halinki, gdzie w ogrodzie siedzieliśmy prawie do 23. Gabrysi i Stasiowi strasznie spodobała się koza Basia. Załapali się na świeże mleko i serek z miodem :) Basia to jest koza, która kupiła sobie mama Sabiny, żeby mieć zajęcie, a że była to ulubiona koza to dziewczyny zostawiły ją.
Nocny wjazd w ciasną hostelową bramę był jeszcze ciekawszy niż dzienny :)
