Chwilę po 7 rano wyjechaliśmy z Braniewa w stronę Giżycka gdzie byliśmy umówieni z moimi rodzicami, który jechali z Morąga. Mieliśmy trochę czasu w zapasie, więc zboczyliśmy z drogi i zaliczyliśmy Reszel - bardzo ładne miasteczko. Krótki przystanek w Kętrzynie na uzupełnienie zapasów soczków i wody mineralnej i przed 12 byliśmy na stacji w Wydminach gdzie czekali rodzice. Przekazaliśmy krótkofalówkę i przez Olecko dojechaliśmy do Suwałk gdzie trzeba było zatankować.
Granicę przekroczyliśmy w Budzisku i pierwsze co nam się rzuciło w oczy po przejechaniu kilku kilometrów to pustki - żadnych wsi, żadnych terenów zabudowanych... tylko pola, łąki i gdzie nie gdzie domki. Do Kowna przejeżdżaliśmy przez tylko jedno miasteczko. Jechaliśmy drogą A5, co sugerowałoby autostradę ale miała jeden pas i kolizyjne skrzyżowania. Na szczęście jakość drogi bez zarzutu, ruch mały więc jechało się dosyć szybko. Kowno objechaliśmy obwodnicą i skierowaliśmy się prosto w stronę Wilna. Tutaj były już dwa pasy i... przystanki autobusowe :)
Po 15 bezbłędnie trafiliśmy pod hostel, gdzie czekała nas mała gimnastyka - wąska uliczka, wysokie krawężniki i wąska brama pod kątem 90° Obyło się bez ofiar ;) A w następnych dnia trzeba było jeszcze zamienić 2 auta miejscami na wąskim podwórku, wyjechać z brami a potem w środku nocy jeszcze raz wjechać :)
Po wypakowaniu się i krótkim odpoczynku poszliśmy na spacer w kierunku Ostrej Bramy mijając po drodze Kościół Św. Mikołaja (ponoć najstarszy w Wilnie), Kościół Wszystkich Świętych i halę targową. Ze względu na porę pod i w kaplicy było niewiele osób. Ze dwie osoby wchodziły na kolanach po schodach, kilka osób się modliło. Zaraz obok jest kościół Św. Teresy gdzie było nabożeństwo w języku litewskim, więc tylko zaglądnęliśmy do środka. Podobnie było w pobliskiej cerkwi Ducha Świętego - tam właśnie się skończyło. Jesze było pełno oparów kadzidła. Dziewczyny nie miały chust więc nie wchodziliśmy do środka.
Pod Ratuszem weszliśmy w zaułki i przypadkiem trafiliśmy na Gimnazjum Jezuitów do którego chodził mój dziadek. Jak wróciliśmy pod Ratusz to dzieci zastrajkowały, że już są zmęczone i chcą do hostelu. Rodzice poszli w stronę Katedry, Ania z dziećmi do hostelu a ja do sklepu po coś na kolację. W sklepie mega porażka - chciałem kupić jakieś lokalne smakołyki, a tu słodycze praktycznie wszystkie z polski, plus marsy, snickersy... kupiłem draże ze Skawy. Chipsy i paluszki z Polski, cukier, nabiał, makarony... nie znalazłem niczego lokalnego. Tylko piwo było lokalne, więc kupiłem kilka na spróbowanie. Następnego dnia dopiero się dowiedziałem, że jest dobry lokalny ser biały - jest lokalny ale nasze lepsze ;)
Rodzice zaliczyli Katedrę i elegancki Prospekt Giedymina
