Pierwszy dzień urlopu - kierunek Toruń. 430km. Wyjechaliśmy koło 6 rano o godzinę później niż planowałem. Wpierw A4, potem gierkówka, pełzanie przez Łódź i wreszcie stanie w wielkim korku za Włocławkiem i na koniec kolejny mega korek w Toruniu, który udało się trochę objechać opłotkami. Gorąc jak cholera, dobrze, że zrobiłem z klimą przed wyjazdem.
W Toruniu zatrzymaliśmy się w hostelu, który spełniał dwa podstawowe założenia: parking i centrum, bezpośrednie sąsiedztwo stacji Toruń Miasto dostaliśmy gratis :) Po krótkim odpoczynku potuptaliśmy na Stare Miasto. Sobota, godzina 16 a tu wszystko pozamykane… i ludzi jakoś tak mało. Ciekawe czy zamykają, bo ludzi nie ma czy ludzi nie ma bo pozamykane? Udało się kupić owocki w promocyjnej cenie, z zamykanego właśnie straganu, dorwać jakieś w miarę zimne picie i zaliczyć kurtynę wodną rozstawioną na Rynku Nowomiejskim przez strażaków.
Wcinając maliny przespacerowaliśmy się przez ulicę Szeroką i Rynek Staromiejski do Muzeum Piernika, gdzie okazało się, że będzie można wejść dopiero z następną grupą o 17 jeżeli się zbieże min 5 osób. 35 min czasu, a Krzywa Wieża zaraz obok więc poszliśmy pod wieże. Gabrysia twardo próbowała nam udowodnić, że da się stanąć pod ścianą z piętami dosunietymi do muru ale jakoś tak ciągle leciała do przodu ;) Chwilę pokręciliśmy się koło wieży i wróciliśmy do muzeum. 5 min do 17 a tu nikogo nie ma, 4 dalej nie ma, 3… ktoś idzie po schodach - uffff udało się przyszły 3 osoby, więc wchodzimy.
Żywe Muzeum Piernika jest zdecydowanie warte polecenia. Wpierw dowiedzieliśmy się o historii piernika, potem poznaliśmy z bliska ;) wszystkie składniki, a następnie każdy miał swój udział w wyrabianiu ciasta. Trzeba było ugnieść w formach, do pieca i… dowiedzieliśmy się, że pierniki są niejadalne :) Piernik dekoracyjny - pięknie wygląda i pachnie ale twardy jak kamień :)
Dosyć zmęczeni poszliśmy bulwarem nadwiślanym do hostelu.
