W końcu piękna pogoda, słoneczko więc zaplanowaliśmy wypad na wioskę, a że Staś miał rano chór, więc mając transport prawie na Dworzec postanowiłem jechać rowerkiem od strony Krzeszowic.
Pociąg o 9.44 uciekł mi dosłownie sprzed nosa - ruszył jak zacząłem wychodzić po schodach na peron. Na szczęście następny był 10.24 więc długo nie czekałem. O 11.05 wystartowałem z Woli Filipowskiej w kierunku zamku w Rudnie.
Na początek miła niespodzianka - zielony szlak rowerowy jest rewelacyjnie oznakowany. Szkoda, że na pierwszym odcinku poza asfaltem zrobiło się dosyć grząsko i co kawałek powalone gałęzie. Wyglądało to jakby ktoś specjalnie je kładł.
Do zamku się nie wspinałem, bo bylem tam kilka razy, a chciałem w miarę szybko dojechać do celu. Niestety nie było mi to pisane - za A4 oznakowanie szlaków nie istnieje - co kawałek trzeba było sięgać po mapę :( W Zalesie z asfaltu zjechałem praktycznie na czuja i po ostrym podjeździe jak ścieżka praktycznie schowała się w trawie stwierdziłem, że jak już tu się wytachałem to jakoś się przebiję w kierunku Brodeł. I po jakimś kilometrze ścieżka się urwała w zborzu. Zapamiętałem, że chwilę wcześniej odchodziła ścieżka w las, więc wycofałem się i zaryzykowałem zjazd a raczej ześlizg mocno błotnistą dróżką. Po chwili na drzewie zobaczyłem wypłowiały znak pomarańczowego szlaku rowerowego!! Po pierwszym błotnistym odcinku reszta drogi do asfaltu to całkiem przyjemny zjazd :)
Przed Brodłami szlak rowerowy zjeżdża z asfaltu w stronę lasu i znowu trawa po kolana i mizerne oznakowanie. A w lesie odcinek równoległy do drogi na Liszki regularne bagno - miejscami woda prawie po piasty. Odcinek prostopadły do trasy na Liszki już w miarę suchy i twardy.
Pomarańczowy szlak odbijał w przeciwnym kierunku niż chciałem jechać więc zaczęło się poszukiwanie szlaku, bo ktoś pozamazywał oznakowanie :/
Jak już wyjechałem na asfalt to mój żołądek zasugerował, żebym sobie dał spokój z jazdą na orientację przez las więc resztę drogi była asfaltem przez Przeginię, Czernichów i Wołowice.
