





W Lidlu są czasem fajne promocje i pojawiają się różne dobre rzeczy - dziczyzna, owoce morza, kuchnia angielska hehe... Tym razem Ania wypatrzyła Homara gotowanego, mrożonego w solonej wodzie.
Zgodnie z instrukcją wrzuciliśmy rozmrożonego na 5 min do gotującej się wody, a potem trochę domowymi sposobami przy pomocy nożyczek dobraliśmy się do zawartości pancerza. Mniam mięsko było pyszne :)

Za nami kolejny Comarchowy wypad na weekend. Tym razem Podhale, a konkretnie Murzasichle.I tym razem nie organizowane przez Anię :)
Umówiliśmy się na miejscu w sobotę na 11, przekonaliśmy Stasia, że nie musi iść na chór, szybko wymieniłem koła w Jeepie i chwilę po 9 wyjechaliśmy. Zakopianka była pusta, więc na miejsce dotarliśmy szybciutko jako drudzy. Śnieg wprawdzie padał ale na zaplanowany kulig było go zbyt mało. Część osób poszła na spacer w kierunku Gąsienicowej a my z resztą zapakowaliśmy się do aut i pojechaliśmy do Zakopanego na nowe sztuczne lodowisko :) Po prawie 2h świetnej zabawy wróciliśmy na obiadek.
Wieczorem grzane wino, ognisko z kiełbaskami i grzanym winem :) Śnieg się rozpadał, zrobiło się coraz zimniej więc uciekliśmy do domku na wiśniówkę :)
Rano miła niespodzianka - działa pobliski wyciąg narciarski :D Nocne opady + dwa dni naśnieżania zrobiły swoje. Infrastruktura wprawdzie w rozsypce ale dzięki brakowi bramek przy wyciągach jeździłem do oporu za 15 zł :) Zdecydowanie warto było brać narty :)
W powrotnej drodze dołączyliśmy do reszty towarzystwa, która pojechała się pławić w gorących źródłach w Szaflarach i razem udaliśmy się na pyszny obiadek w Nowym Targu




Dzisiaj śniadanko było o 13 :) Akurat się przejaśniło więc zachęcony wczorajszym wypadem postanowiłem przejechać zielony szlak w Podgórkach Tynieckich. Jak wyjechałem okazało się, że pomimo przejaśnienia jest dosyć mokro. Na szczęście w lesie leży spora warstwa liści więc błoto nie dawało się we znaki. Problem był tylko na ostrzejszych podjazdach i zjazdach no i trzeba było uważać na kamienie i badyle schowane pod liśćmi.

W połowie szlaku koło klasztoru w Tyńcu zrobiło się już szaro, więc drugą połowę sobie odpuściłem i pojechałem prosto w kierunku Toru Kajakowego, potem nad Wisłą na Ruczaj i do domku.
W domku szybko ciepła herbatka i wiśniówka w łapę i do gorącej kąpieli :)


Tak wiem, to jest Sandomierz a nie nie Kazimierz... Po drodze był:P
Po przyjeździe do Kazimierza pogoda się zepsuła, zaczęło mżyć więc po zdecydowanie najlepiej w moim życiu czekoladzie na gorąco w Faktorii udaliśmy się do sauny :)

Następnego dnia po przepysznym śniadanku dla zaostrzenia apetytu wybraliśmy się na spacerek. Odpowiednio wymarznięci udaliśmy się do herbaciarni, a następnie na czekoladę :) Do kolacji było jeszcze sporo czasu, a pogoda nie zachęcała do spacerów, więc udaliśmy się na basen, gdzie w przerwach pomiędzy sauną i basenem wylegiwaliśmy się z książką w ręku na leżaczkach :)
Wieczorem u Fryzjera przy muzyce klezmerskiej na żywo zjedliśmy przepyszną kolację - zupę grzybową z masą grzybów, mięsa i gęstą lekko kwaśną śmietaną, na drugie ja miałem indyka duszonego z warzywami podanego w pergaminie a Ania gęsie wątróbki. Po kolacji zrobiliśmy małą rundkę po knajpkach i pogadaliśmy z bankomatem :)

Ostatniego dnia nasze plany zburzyła awaria basenu :( Zebraliśmy się trochę wcześniej niż planowaliśmy i pojechaliśmy w stronę Janowca i stamtąd do Baranowa Sandomierskiego gdzie zaplanowaliśmy obiadek w restauracji Magnackiej w Zamku. Restauracja w pełni zasługuje na swoją nazwę - na pierwsze Flaczki drobiowe dla Ani i krem z borowików z żubrówką dla mnie a na drugie roladka ze szpinakiem i plackami ziemniaczanymi dla Ani i Sandacz z kurkami w sosie śmietanowym z zapiekanymi ziemniaczkami. Ania mi mówi, żeby napisał "że małe porcje ale miło łechcące podniebienie" :)
Po wyjeździe z Baranowa rozpadało się, zaczęło wiać i zrobiło się ciemno, do tego dosyć spory ruch na drodze, więc jazda była dosyć męcząca i zdecydowanie nieprzyjemna.


Wpadłem w wir pracy i trochę zapuściłem bloga - nic nie piszę, mam zaległości w zdjęciach z wakacji i chyba szybko nie nadrobię, bo kupiłem rowerek i muszę wykorzystać póki jest pogoda :)

Wczoraj zaliczyłem pierwszą jazdę. Wprawdzie zlał mnie deszcz pod koniec ale było super - nie sądziłem, że będzie tak ogromna różnica w jeździe. Stary rower to jednak jest niezły grat :). No i amortyzowane siodełko rządzi :) zero bolącego tyłka :)
Dzisiaj zakładam SPD i będę się uczył jeździć :)
A może raczej Rain Show :( Niedziela nie bardzo mi i Marcinowi pasowała, więc pomimo niezbyt zachęcającej prognozy pogody wybraliśmy się w sobotę. Przy wyjeździe z Krakowa zaczęło trochę popadywać ale im bliżej Radomia tym było pogodniej. Radom przywitał nas upałem, korkiem i parkingiem 10 km od lotniska - wszystko bliżej było już zajęte :( Autobusy jadące na lotnisko były tak zapchane, że musieliśmy przejść na nogach dobre 6 przystanków zanim załapaliśmy się na taki który się zatrzymał. Potem krótka kolejka za biletem i jesteśmy. Po przejściu za bramkę lotniska zaczęło kropić :( Udało się nam zobaczyć większą część wystawy statycznej, przelot Herculesa, Casy i Iskier, doszliśmy do Black Hawka i Apacza i wtedy się rozpadało na dobre. Organizatorzy odwołali dalszą część pokazów a my przemoczeni do suchej nitki w tłumie ludzi potupaliśmy do autobusu, potem w strugach jeszcze większego deszczu zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Krakowa.


Już po wszystkim, wysiadam z szybowca, a kolega mówi - "Jak wystartowałeś to przypomniałem sobie, że nie powiedziałem Ci jak się spadochron otwiera :)" No ale od początku jak to było...
Przy okazji wizyty u dzieci wczasujących się z babcią w Zakopanem odwiedziliśmy kolegę w Aeroklubie Nowy Targ

Było już dosyć późno, ale udało mi się jeszcze załapać na lot. Kolega założył na spadochron, zapakował do kabiny Puchacza, podpięli go pod ogon Jaka i wystartowaliśmy. Plan był, żeby wyholować na 500m i po 15 minutach wylądować.

Za szpitalem trafiliśmy na komin i dosyć szybko zaczęliśmy nabierać wysokości. Chwilami wznoszenie dochodziło do 6 m/s :) Na pytanie pilota czy latamy trochę dłużej nie zastanawiałem się nawet sekundy :) Wznieśliśmy się na 1400m i skierowaliśmy w stronę Turbacza. Za schroniskiem pilot poinformował, że będzie trochę trzęsło ale to normalne turbulencje przy locie na małych wysokościach... tak nisko to znowu nie lecimy. Szybki zwrot, szybka utrata wysokości i przy prawie 200 km/h przelecieliśmy jakieś 100m nad schroniskiem, potem wzdłuż szlaku, nad drzewami w stronę Nowego Targu. Fun większy niż na kolejce górskiej. Przed Nowym Targiem zrobiliśmy kilka kółek, bo pilot musiał zobaczyć co tam u niego w domu ;) i nad zakopianką oblatując centrum skierowaliśmy się nad lotnisko. "Teraz będzie górka" - szybowiec gwałtownie się wzbił, potem jeszcze gwałtowniej opadł, mój błędnik odjechał a my przelecieliśmy nad Dunajcem i wylądowaliśmy :) Cały lot trwał 30 min i był niesamowity... napewno muszę to powtórzyć.


Ten weekend mieliśmy spędzić w Krakowie, w sobotę skoczyć na działkę... no i w sobotę rano leje... więc nici z koszenia, a już miałem rowerkiem tam podskoczyć. Za to wpadłem na pomysł, że kupimy Ani rower :) Pojechaliśmy do Decathlonu - nie było nic ciekawego... potem InterSport to samo. Już mieliśmy jechać na Kalwaryjską kiedy przypomniałem sobie, że koło Orlenu są dwa sklepy sportowe i to był strzał w dziesiątkę :) Ani spodobał się ładny czarno - borówkowy :D GT Avalanche 3.0 Women's model z 2009. Przy okazji Gabrysia dorobiła się nowej wypasionej hulajnogi ze Carsami.

Jak wychodziliśmy ze sklepu rozpadało się, po chwili wypogodziło :/ Całkiem skołowani przez tą pogodę stwierdziliśmy, że jednak skoczymy na działkę zobaczyć co się tam porobiło przez ponad 4 tygodnie nieobecności... Trawa jak na sawannie, Ani ogórdek zarośnięty, pojawiły się jakieś ozdobne maki, krzaczory zarosły kupę gruzu, śliwki jeszcze zielone.
Wieczorkiem zrobiliśmy małą jazdę testową
W niedzielę zamiast byczyć się w domku wybraliśmy się do Stasia - dzień wcześniej zadzwonił żebyśmy przyjechali. Mieliśmy jechać Astrą, bo może wyskoczymy do Szczawnicy. Rano znowu lało więc zdecydowałem się na Jeepa bo ma nowe opony i w deszczu się lepiej jeździ i całe szczęście, bo oczywiście nas poniosło. Zamiast do Szczawnicy pojechaliśmy do Piwnicznej, tam jak zobaczyliśmy, że nawet nie ma gdzie zjeść nie mówiąc o tym, że na mapie na środku rynku nie raczyli zaznaczyć pijalni wód, zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Krościenka przez Słowację. Nauczeni doświadczeniem - dwa razy przejechaliśmy przez Słowację nieznajdując sensownej knajpy - zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym zajeździe w Starej Lubowni. Wybór był taki, że nie mogłem się zdecydować, jedzenie smaczne, duże porcje i tanie - na osobę wyszło po 25 zł za zupę, drugie, picie. Warto było robić te kilometry tylko dla tego obiadku :) Jak już się najedliśmy skierowaliśmy się do przejścia granicznego w Sromowcach. Jadąc do Krościenka stwierdziłem, że tym razem pojedziemy skrótem, który mi podpowiadał GPS :D Kuba jeszcze powiedział, że tam jest fajna droga i busiarze tamtędy jeżdżą :) Cóż nie przewidział pomysłowości iGO :) Asfalt się w pewnym momencie skończył, potem zapiąłem 4x4, a potem reduktor a potem wszyscy złapali za cykor łapki :)
Jak już dojechaliśmy do szosy okazało się, że w stronę Krościenka jest bliżej nieznanej długości korek, skręciliśmy w lewo i skierowaliśmy się na drogę przez Ochotnicę Górną. Podjazd do Ochotnicy jest koszmarny - za rok już chyba zupełnie nie będzie asfaltu tylko sama ziemia zostanie i kamienie.

W Ochotnicy posiedzieliśmy trochę ze Stasiem i jak przestaliśmy być bardzie atrakcyjni od kolegów to zapakowaliśmy się do autka i skierowaliśmy w stronę Krakowa.
W Mszanie Dolnej cały ruch w stronę Krakowa zatrzymała Policja, natomiast w przeciwną stronę samochody zjeżdżały w prawo aby po chwili wyjechać spowrotem na drogę. Wyglądało to dosyć dziwnie. Po jakiś 5 min stania, kiedy Policja w końcu nas puściła o okazało się, że auta wjeżdżały na plac przed Kościołem, gdzie ksiądz w asyście ministrantów święcił podjeżdżające samochody. Stąd był taki korek i wstrzymany ruch w drugą stronę :)
W Głogoczowie za wiaduktem utknęliśmy w kolejnym korku, który zapowiadał się na dosyć poważny, więc po 10 min czołgania się z prędkością 5km/h zrobiliśmy szybką nawrotkę i pojechaliśmy do domku przez Skawinę



Kulminacyjnym punktem naszej trasy z nad Gardy do Hallstatt w Austrii był przejazd przez Großglockner Hochalpenstraße (Trasę Wysokoalpejską). Trasa w pobliżu Großglockner - najwyższego szczytu Austrii w miejscu dawnego szlaku handlowego. Współczesną drogę budowało 3 tys robotników w latach 1924 do 1931. Droga ma 48km, od strony Włoch zaczyna się w Heiligenblut na wysokości 1300 m.n.p.m skąd wspinamy się do tunelu w najwyższym punkcie trasy na wysokości 2504 m.n.p.m. Do góry nasz Jeepek sunął na 2, temperaturka pod setkę. Potem jest zjazd i znowu wyjazd do punktu widokowego na 2428 m.n.p.m. a z tamtąd 20 km zjazd do wysokości 805 m.n.p.m. Po drodze co kawałek tabliczki - sprawdź hamulce. Zjeżdżaliśmy na 2 ale przy tym pochyleniu 9-12° co chwile trzeba było przyhamowywać, zwłaszcza, że jechał przed nami autobus. W pewnym momencie poczuliśmy smród przypalonych hamulców - zastanawialiśmy się czy to nasze czy z autobusu - po zjechaniu do zatoczki okazało się, że to nasze :/ Po 30 min postoju pojechaliśmy na dół - hamulce i felgi ochłodziły się dopiero na płaskim. Pogoda była wprawdzie nienajlepsza - dosyć sporo chmur - ale zdecydowanie warto było wydać 28E (trasa jest płatna) na przejazd. Widoki są nieziemskie :)



















I po urlopie :( Było super - czuje się jakbym był z miesiąc a nie 2 tygodnie. Tylko mam dosyć dmuchanych materacy, cheba tostowego, zupek... Narazie w wielkim skrócie:
1 Dzień - Niedziela 5.07
Wyjechaliśmy o 3 nad ranem - cel Klagenfurt w Austrii. Większość trasy autostradami, więc zwłaszcza w Austrii nie było co oglądać :( W Klagenfurcie byliśmy koło 16, trafiliśmy na Iron Man'a więc straszne tłumy, zaliczyliśmy kąpel w jeziorze, spacerek i schrzaniła się pogoda :( (786km)
2 Dzień - Poniedziałek 6.07
Pogoda trochę niepewna, więc zwijamy się do Włoch. Olewamy autostrady i jedziemy zwykłymi drogami, które prowadzą równolegle do autostrady ale nie ma ekranów i jest co oglądać. Italia z początku wcale nie słoneczna ale jak tylko wyjeżdżamy z gór zaczyna się upał. Na campingu w Cavallino meldujemy się koło 17 i zaliczamy jeszcze morze :) (241km)
3 - 6 Dzień - Wtorek 7.07 do Piątek 10.07
Siedzimy nad morzem w Cavallino. W jeden dzień wyskakujemy tramwajem wodnym do Wenecji. Upał straszny. Dobrze, że w nocy trochę pada i jest wiatr od morza więc można wytrzymać.
7 Dzień - Sobota 11.07
Jedziemy nad Gardę po drodze zaliczamy przystanek w Padwie i przejażdżkę przez Veronę. (199km)
8 Dzień - Niedziela 12.07
Plażujemy się nad Gardą
9 Dzień - Poniedziałek 13.07
Calutki dzień w Gardalandzie. 11 Godzin. Od 10 do 22. Upał straszny ale było super.
11 Dzień - Środa 15.07
Rano zaliczamy kolejkę szynową i kopalnię soli w Hallstatt, potem dobry obiadek i spacer po miasteczku, które jest jak z pocztówki. Przed samym campingiem łapie nas burza z gradem i w 5 min jesteśmy dokumentnie przemoczeni - znajomi, których spotkaliśmy na campingu mówią, że tutaj tak od 10 dni - codziennie po południu lub wieczorem pada. Przebieramy się i jedziemy pooglądać okoliczne jeziora - Ania ma nadzieję na przejażdżkę najstarszym parowcem na Świecie. Nie udaje się, bo pływa tylko rano. (154 km)
12 Dzień - Czwartek 16.07
Deszcze jednak nie dla nas - w przewodniku po Austrii wyczytaliśmy, że nad jeziorem Neusiedler jest 300 słonecznych dni w roku i panuje śródziemnomorski klimat - pakujemy się do auta i w drogę. Jedziemy trochę w ciemno, więc objeżdżamy jezioro prawie dookoła zanim trafiamy na sensowny camping - po zachodniej stronie jeziora są kilometry szuwarów, więc nie ma plaż, po zachodniej za to w nagrodę mamy miejscie 100m od wody :) Na campingu stosunkowo pusto, na plaży zupełnie pusto, woda płytka i cieplutka, niebo bez jednej chmurki :) (378km)
13 Dzień - Piątek 17.07 Plażujemy się, słońce praży niemiłosiernie więć dzieciaki siędzą calutki dzień w wodzie, my niewiele mniej.
14 Dzień - Sobota 18.07 Wracamy do domu, Mieliśmy jeszcze rano posiedzieć nad wodą ale nad ranem zerwał się niesamowicie silny wiatr - wszyscy co mają Kite od razu pędzą do wody, windsurferów tylko 3 - reszta nie decyduje się na wejście do wody. Po gigantycznej burzy z gradem w Hallstatt nasze namioty testowane są przez wiatr - chociaż przypięte tylko przy ziemi bez linek dzielnie się trzymają :) Pakujemy się do auta i już autostradami jedziemy do domu. (474 km)
Kolejny weekend poza domem, kolejne 600km na liczniku :) Tym razem tematem przewodnim wyjazdu był 6 Zlot Forum Muratora w Wiosce Budowlanej w Urzucie pod Warszawą. Wioska mnie trochę rozczarowała bo domków jest niewiele, na wizualizacji na stronie wygląda to zdecydowanie lepiej.

Po części "oficjalnej" przenieśliśmy się na after party do gospodarstwa agroturystycznego w Ruśćcu, gdzie był pyszny grill i zabawa do białego rana - ja skończyłem koło 2 w nocy :) Przy okazji przetestowaliśmy nowy namiocik

Nazajutrz spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Warszawy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Zdecydowanie najlepiej zrobione muzeum jakie w życiu widziałem. Robi wielkie wrażenie i tematyka i aranżacja - obowiązkowy punkt wizyty w Warszawie.

Przed powrotem odwiedziliśmy jeszcze Łazienki, gdzie Gabrysia nakarmiła kaczki i karpie oraz potropiła pawia :)

Za nami kolejny weekendowy wypad w bliższe lub dalsze okolice. Tym razem bazą były Chęciny, a zwiedzaliśmy okolice Kielc.
Z Krakowa wyjechaliśmy w sobotę chwilę po ósmej rano w kierunku Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni. Deszcz padał od samego Krakowa, aż do skansenu. Poubieraliśmy kurtki, zabraliśmy parasol i nastawieni na krótki spacerek udaliśmy się do kasy. Spacerek nie był krótki, bo muzeum ma 65ha powierzchni i przejście całości zabrało nam ok 2h. Gdyby pogoda była ładna można się tam wybrać na pół dnia, zrobić sobie piknik, zwłaszcza, że w sezonie przy ładnej pogodzie to muzeum żyje. Ale nawet przy 12st i deszczu warto było te 2 godziny pomoknąć :)

Po obiedzie Gabrysia na widok aparatu zrobiła mały pokaz ;)





Przy okazji II Zlotu Scrapbookingowego, na którym Ania wystawiała się ze swoim sklepem wybraliśmy się całą rodziną do Warszawy.
Na dzień dobry trafiliśmy na wypadek na skrzyżowaniu z wyłączonymi światłami - autobus miejski zderzył się z Corsą a następnie skosił słup i światła. Przy okazji jakiś palant by mnie stuknął bo zagapił się n wypadek i nie raczył popatrzeć gdzie jedzie.
Pomogliśmy się rozłożyć Ani i pojechaliśmy do hostelu. Hostel klimatyczny :) Na starych barkach wycieczkowych - kajuty w klimacie lat 80 :) Zostawiliśmy rzeczy, samochód, zapakowaliśmy się do tramwaju i pojechaliśmy pod Pałac Kultury.















Od jakiegoś czasu chodził za mną Biecz i w końcu trafiłą się okazja - absolutnie wolny dzień w długi majowy weekend. Wstaliśmy z samego rana i niezważając na chmury wiszące nad Krakowem zapakowaliśmy się do auta i w drogę
Pierwszym punktem na trasie był Tuchów. Klasztor z cudownym obrazem pomineliśmy i od razu skierowaliśmy się do centrum, które przywitało nas niesamowitym tłokiem na ulicach. Wszędzie masa aut, zakazy parkowania, których nikt chyba nie przestrzegał, parking na Rynku zapchany, obok jakiś targ... w końcu po jakiś 15 min udało się znaleźć miejsce koło Kościoła. Na Rynku ładny odnowiony Ratusz z XIXw., niedaleko barokowy Kościół Św. Jakuba i w sumie tyle. Niesamowita liczba aut na Rynku i okolicznych uliczkach, szpetne szyldy na domach, brak sensownej informacji turystycznej - brak tabliczek, na stronie WWW pod hasłem zabytki jest wypis z rejestru zabytków (nazwa i numerek) - nie zachęca do poznania tego miasta.

Wyjeżdżając w stronę Biecza zapomniałem przestawić GPSa z opcji "Ekonomicznie" na "Najszybciej", więc poprowadził nas bocznymi drogami i dzięki temu zobaczyliśmy - należący do Szlaku Architektury Drewnianej - piękny Kościółek św. Jana Chrzciciela w Rzepienniku Biskupim oraz wpiany na listę UNESCO Kościół św. Michała Archanioła w Binarowej

Biecz "Ze względu na swoją bogatą historię często nazywany perłą Podkarpacia lub małym Krakowem. Bywa także nazywany polskim Carcassonne, dzięki zachowanym fragmentom średniowiecznych murów miejskich i zabudowy" (Wikipedia). Ten opis wiele obiecuje ale brakuje tego czegoś co sprawia, że człowiek chodzi z rozdziawioną buzią po Kazimierzu Dolnym czy Sandomierzu. Powinni wziąć przykład z tamtych miastach i pozbyć się szpetnych szyldów z domów. Co z tego, że kamienica na rogu jest zabytkowa jak prawie nie widać tynku spod reklam :( Czy to by wystarczyło - napewno - miasto ma piękną i bogatą historię, dużo zabytków, uchroniło się chyba od PRLowskich bloków z płyty. W sam raz, żeby wyskoczyć na weekend, pospacerować, posiedzieć w knajpce do późnej nocy - knajpek chyba za dużo nie ma :(. Po prostu odpocząć od wielkiego miasta. Tylko te paskudne reklamy wrrrr. Aha i mają dobre lody na rynku - te w kamienicy :)

Następne były Ciężkowice ze Skamieniałym Miastem. Zgodnie z legendą skały są pozostałością miasta, które zostało ukarane za swoje grzechy. Legenda, legendą a skałki trzeba zobaczyć :) Trasa nie jest trudna i w 1,5h na spokojnie można ją przejść z dziećmi.

W samych Ciężkowicach nie zatrzymywaliśmy się tylko przejechaliśmy przez centrum i skierowaliśmy się w kierunku Zakliczyna. Po drodze mineliśmy Kościół św. Marcina Biskupa w Gromniku. W Zakliczynie po wjechaniu na Rynek (drugi co do wielkości w Małopolsce) zdecydowaliśmy się nie zatrzymywać tylko poszukać jakiegoś miejsca na obiad. W centrum Zakliczyna jest dosyć ciekawa zabudowa drewniana i chodniki tak ok. 40-50 cm nad ulicą - przy takim krawęzniku raczej nie mają problemów z autami blokującymi przejście pieszym :)

Przedostatnim punktem na trasie była Lipnica Murowana, w której odbywa się słynny Konkurs Palm Wielkanocnych. Trochę już zmęczeni jazdą mieliśmy się nie zatrzymywać ale ładnie zagospodarowany Ryneczek skusił nas na krótki postój.

Mineliśmy Nowy Wiśnicz i zajechaliśmy z wizytą do rodziny pod Bochnię. Gabrysia zachwycona pięknym ogrodem dostała od Cioci kilka kwiatów do posadzenia w naszym skromnym ogródku na wiosce.

Na sobotę była zaplanowana wycieczka, więc w piąteczek wybraliśmy się na działkę. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie popełnię jakiegoś faux pas kosząc trawę ale moje obawy szybko się rozmyły - u jednego sąsiada betoniarka zasuwa, drugi kosi i piłuje to Ja też wyciągnąłem moją cudowną maszynę :)
Nie przewidziałem tylko jednego - słoneczko już mocno przygrzewa i spaliło mnie strasznie. Wieczorkiem dreszcze, obrócić się na drugi bok nie dało... do teraz jeszcze czuje. Ale plan wykonany w 150% - działka wykoszona po horyzont :)

Ania zorganizowała weekendowy wypad do Niedzicy dla ludzi od siebie z pracy. Oryginalnie miało jechać 6 osób, a pojechało 28 :) Chcąc zobaczyć coś jeszcze po drodze i zdążyć przed wszystkimi wyjechaliśmy o 7 rano.
Tak się złożyło, że nasza droga pokrywała się z jedną z tras Szlaku Architektury Drewnianej więc postanowiliśmy zaliczyć co ciekawsze obiekty, do których nie trzeba za bardzo zjeżdżać z drogi. Punkt pierwszy Kościółek w Krzeczowie

Przy Kościółku na Piątkowej Górze mieliśmy się nie zatrzymywać ale przypomnieliśmy sobie, że przecież trzeba kupić oscypki więc zajechaliśmy do bacówki za kościołem

Stojąc na stacji benzynowej w Nowy Targu Ania strzeliła fotkę przez przednią szybę auta - wyszedł ciekawy efekt :)

Po szybkich zakupach w Nowym Targu skierowaliśmy się do następnego dwóch następnych obiektów na Szlaku Architektury Drewnianej - Zespołu Dworskiego i Kościółka w Łopusznej

W Dębnie zajechaliśmy pod wpisany na listę UNESCO kościółek św. Michała z XV w. Kościółek należy do Szlaku Architektury Drewnianej oraz Szlaku Gotyckiego. Tak samo jak w Łopusznej było pusto, ani jednego turysty, za to była Pani, która miała najlepsze na Świecie oscypki - sama tak powiedziała :) Były to zdecydowanie najlepsze oscypki jakie jadłem, więc jestem w stanie się z nią zgodzić :) Wykupiliśmy połowę jej dziennej produkcji i udaliśmy się do następnego punktu naszej wycieczki.

We Frydmanie do oglądnięcia jest renesansowy kasztel rycerski z XVI w., który przegapiliśmy oraz należący do Szlaku Gotyckiego Kościół św. Stanisława.

Przed nami już tylko kilka kilometrów do Niedzicy. Po drodze krótki postój na poboczu na zdjęcia Zamku w Czorsztynie i jako pierwsi dojechaliśmy do Wojskowego Ośrodka Wypoczynkowego w Niedzicy. Ośrodek jeszcze trochę pamięta czasy PRLu - kawa w szklankach :) - ale położony jest 300m od zamku, domki są zadbane, jedzenie smaczne, a sam ośrodek otworzyli specjalnie dla nas kilka dni wcześniej - normalnie startują 1 maja :)

Korzystając z wolnej chwili przed obiadem wyskoczyliśmy ze Stasiem na wzgórze za Ośrodkiem pooglądać Tatry i Zalew - nie wiedziałem gdzie się patrzeć czy w lewo czy w prawo :)






W sobotę musiałem skoczyć do Zakopanego - wyjechałem o 10 i już spod Krakowa było widać Tatry. Było niesamowicie przejrzyste powietrze, widać było wszystkie szczegóły, a aparat został w domu :( Kuzyn który jechał z Katowic mówił, że widzieli już z A4 spod Jaworzna.
Mam nauczkę - trzeba wozić ze sobą aparat. Poniżej 2 fotki ciapnięte z komórki

Wolny wtorek poświąteczny wykorzystałem na wiosennie porządki na działce - plan wykonany prawie w 100%. Przede wszystkim udało się skosić tą część działki, która w tamtym roku zarosła straszliwie. Najbliższe dwa weekendy są zajęte, więc pewnie zanim bym się nie obejrzał trawa wyskoczyła by na metr w górę ;) Nie udało się skosić za stodołą, bo jest zbyt nierówno dla mojej kosiareczki - trzeba będzie wymyślić coś innego.
Powycinałem wszystkie samosiejki na górze działki, przyciąłem winogrona, które rozpełzły się w trawie - trzeba będzie powbijać paliki i puścić linki. Zostało jeszcze trochę krzaczorów do wycięcia, przycięcie uschniętych gałęzi z wiśni i uporządkowanie brzozowego zagajniczka.

W sobotę po święceniu pojechaliśmy do Chrzanowa na cmentarz.

Odwiedziliśmy też Ryneczek z nadzieją na jakieś lody... Niestety pomimo pięknej pogody i stosunkowo wczesnej godziny wszystko było pozamykane na głucho, więc zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy spowrotem w kierunku Wołowic. Po drodze trafiliśmy na taką ciekawostkę :)

Na działce Ania obfotografowała swoją nowo posadzoną wierzbę, kwiatuszki, które następnie zerwała oraz różę, która zaczęła wypuszczać listki :)
