Fajnie jest siedzieć na parapecie (mimo że
w moim wieku podobno już nie wypada...) :) w tylną część ciała
ciepło, bo pod parapetem umiejscowiony, bardzo przezornie,
kaloryfer, który wszystkimi swoimi żeberkami grzeje co sił... i
patrzeć sobie jak na tarasie wolno aczkolwiek systematycznie
powiększa się pokrywa śniegu...
i mysleć sobie filozoficznie o
wszystkim i niczym...
pozbierać myśli - te nieposkładane...
szkoda tylko że nie można na tym parapecie spędzić
troche więcej czasu...
no nie to żeby od razu całe
życie... :) ale przynajmniej
jego część, wystarczającą, żeby
padający z nieba puch mógł
odseparować od wszystkiego co nie
takie jakie by się chciało
żeby było, od wszystkich problemów i
zawiłości życia...
to nic że potem przyjdzie odwilż i
odsłoni całe błoto, brud
i szarości...
teraz jestem ja, mój
parapet i nos przyklejony do szyby
i nastrój jakoby
melancholijny...
--- tak było wczoraj a dzisiaj?
ech...
a dziś sama proza zycia mnie zastała w pracy
czyli wszystko sie zwaliło na mnie, szef usiłuje mi wmówić że nic
nie robię... efektów nie widać, widoki marne...
już się powoli
na szefa uodparniam, ale mimo wszystko człowiek lubi wiedzieć że to
co robi ma sens, zwłaszcza jeśli wykonuje to co lubi przez całe 8
godzin - pięć dni w tygodniu, wiem, wiem nie dość że robię to co
lubię to jeszcze bym chciała żeby to było doceniane... już taka
rozbestwiona jestem...:)
do pracownika też trzeba mieć
odpowiednie podejście...
może są ludzie na których krytyka
działa mobilizująco
(na mnie czasami też, ale tylko
konstruktywna, co w wykonaniu
mojego bossa jest rzeczą
niewykonalną...) a ja staje
okoniem, wszystko mi się wewnątrz
przewraca do góry nogami no jakże to tak, męczę się, pracuje i
wszystko to nic?
żadnej pochwały? ale o czym ja mówię, jakiej
pochwały, ja tylko nie chcę być obsobaczana za wszystko i tyle...
chcę się cenić, ZA DUŻO chyba wymagam !
